Top 5 albumów roku 2016

Top 5 albumów roku 2016


Kultura, szczególnie jej część będąca szeroko rozumianą sceną muzyczną, rozpieszczała nas w tym roku. Na rynku ukazały się setki doskonałych wydawnictw, serwujących odbiorcom wyrafinowane podróże po dźwiękowych zakamarkach. Jak jednak rozeznać się wśród takiego bogactwa? Który album rzeczywiście jest warty odsłuchu? Kto okazał się prawdziwym zaskoczeniem?

By odpowiedzieć na te i inne dręczące Was pytania, prezentuję poniżej mój Top 5 albumów roku 2016. Ta 5 powinna w stopniu możliwie najbliższym przybliżyć Wam wizerunek muzycznego 2016.

1. Gaby Moreno – Illusion

Ten rok podarował nam szeroką gamę świetnych wydawnictw, co przełożyło się na to, że wybór tej najlepszej jedynki był wręcz niemożliwy. W końcu nie możemy zapominać, że 2016 to rok śmierci i ostatnich albumów zarówno Davida Bowiego jak i Leonarda Cohena. Ja jednak celowałam w zupełnie innym kierunku, w okolice indiańskiego skrawka ziemi, niemalże zapomnianej Gwatemali. Nazwisko Gaby Moreno nie powinno brzmieć Wam obco, w końcu to ta sama pani, które zaśpiewała duet ze słynnym odtwórcą roli Dr House’a – Hugh Laurie. Znana jest również z takich kolaboracji jak chociażby ta z ubiegłego roku z zespołem Calexico, wplatającym do swej muzyki motywy kultury meksykańskiej. Dała się nam również poznać jako autorka motywu do Parks and Recreation NBC. Dopiero jednak Illusion pozwolił Gaby wybić się na prawdziwie międzynarodowy grunt, zyskując sobie opinię hiszpańskojęzycznej Edith Piaf. I choć takie porównania zawsze wydają mi się trochę na wskroś, doprawdy trudno oprzeć się wrażeniu, że pod takim właśnie szyldem powinna nadawać Gaby Moreno. Wydaje się również, że ta gwatemalska piosenkarka posiada wszystko – latynoską urodę, charyzmatyczny głos, styl, klasę, przy tym pozostaje bardzo skromną osobą. Kobieta prezentuje się z niezwykłym wyczuciem stylu i choć nie brakuje jej ekstrawagancji, zawsze pozostaje wierna swojemu minimalizmowi. Temu samemu, który tak doskonale sprawdził się na jej wyrafinowanym albumie Illusion.  Jest to dzieło w całości w nagrane w starodawnym stylu, bez użycia jakiejkolwiek technologii (komputerów). Mamy tu jedynie taśmy. Za produkcję odpowiedzialny jest pan Gabe Roth. Gaby wyznaje, że zwrot w kierunku retor był ukłonem w stronę człowieka, jej słuchaczy, którzy przecież nie domagają się od artysty perfekcji, a jedynie nici niematerialnego porozumienia, które winno być istotą muzyki. I choć w naszym rodzimym kraju brakuje troszkę wsparcia dla tego talentu, tym bardziej zachęcam Was do zapoznanie się z tą panią i jej muzyką. Pozwólcie się oczarować.

2. Michael Kiwanuka – Love & Hate

Jeśli przyjąć, że w roku 2015 muzyczne podium należało do Bejamina Clementine i jego debiutu At Least for now, w 2016 Benjamin musiał ustąpić miejsca swojemu czarnoskóremu koledze Michaelowi Kiwanuka. Egzotycznie brzmiące nazwisko to spadek artysty po korzeniach rodziców piosenkarza, sięgających dalekiej Ugandy. Ta rdzenność odbiła się również w twórczości Brytyjczyka, którą słychać chociażby w taktach tytułowego utworu Love & Hate. Love & Hate poznaliśmy dzięki niedającemu o sobie zapomnieć, niezwykle chwytliwemu singlowi One More Night. Nawet tytuł został skonstruowany tak, by ciągle dawać mu one more time. Album koncepcyjnie zahacza o kwestie rasizmu, bliskie samemu autorowi (sugestywny tytuł utworu Black Man in a White World). Ponadto całościowa wymowa albumu zdaje się być niczym więcej jak echem głosu żyjącego w 21 wieku, śledzącego jego wszelkie napięcia społeczno-polityczne. Głosem świadka brawurowych aktów miłości (love), jak również rosnącej przemocy, frustracji, czy wreszcie tytułowej nienawiści (hate). Jednak prawdziwą siłą tego wydawnictwa jest pewna uniwersalność, które pomimo wyraźnych wpływów starszych przedstawicieli tego gatunku (chociażby Otisa Reddinga), nie uczyniło z Michaela przeżytka minionej epoki.
I need something, give me something wonderful – Michaelu, właśnie coś takiego nam wszystkim podarowałeś

3. Leonard Cohen – You want it darker

Niestety, You want it darker na zawsze pozostanie już ostatnim wydawnictwem Leonarda Cohena. I tak naprawdę dopiero po śmierci artysty zaczęliśmy coraz wyraźniej rozumieć kierowany do nas – słuchaczy przekaz You want it darker. Cohenowi jak zwykle nie zabrakło w nim ani klasy, ani smakowitej poezji i momentów poruszenia czegoś więcej niż bębenka wewnątrz ucha. Nie chciałabym podważać tegorocznej Literackiej Nagrody Nobla, wszak Dylan wielkim poetą jest, ale jakaż szkoda, że Komisja nie pochyliła się głębiej nad zbiorem twórczości właśnie Leonarda. Tyle w niej smaczków! Szkoda. My jednak dostaliśmy na sam koniec od Kanadyjczyka wyborne dzieło dojrzałego artysty. I jak to zwykle bywa w przypadku dzieł tego filantropa, wprawiające nas w nostalgiczny, uduchowiony nastrój. W roli producenta You want it darker stanął syn artysty Adam Cohen, również trudniący się muzyką. Wydaje mi się, że ta rodzinna atmosfera panująca podczas sesji nagraniowych, pozwoliła Leonardowi w pełni oddać wszystko co zalegało na dnie subtelnej duszy poety. Dostaliśmy tu wszystkie pomruki, ledwo słyszalne szepnięcia, najintymniejsze wyznania. I choć całość oscylowała blisko zakamarków śmierci, nie sądzę by świat był przygotowany na ostateczne pożegnanie tego talentu. Cóż, ja nie byłam.
Na wyróżnienie oprócz tytułowego utworu zdecydowanie zasługuje przepiękna ballada Travelling Light czy magiczne Treaty.
Oh Mr. Cohen, how I wish there was a treaty between your love and mine…

4. Nick Cave & The Bad Seeds – Skeleton Tree

Ze wszystkich recenzji, prawdopodobnie tę najtrudniej jest popełnić. I choć w twórczości Nicka nigdy nie brakowało mroczności, tym razem dostaliśmy czarę wypełnioną mrokiem po same brzegi, wręcz ociekającą tym ciemnym trunkiem. Skeleton Tree to niezwykle osobiste wydawnictwo, będące swoistą próbą starcia artysty z rzeczywistością zastaną po tragicznej śmierci jego kilkunastoletniego syna. Gdy w 1986 roku artysta opublikował album zatytułowany Śmierć pierworodnego (The Firstborn Is Dead) pewnie przez myśl mu nie przemknęło, że 30 lat później będzie musiał odkupić winę swego śmiertelnego tytułu. Ślad jaki pozostawiła po sobie śmierć syna, słychać już w samym brzmieniu głosu Australijczyka. Jest zduszony, łamliwy, bardzo intymny. Głos, podobnie jak każda komórka organizmu Cave’a, został doszczętnie przesiąknięty bólem. Słuchacz zamknięty w kręgach Skeleton Tree sam również nabiera na siebie tą ciemną, żałobną atmosferę, nie może od niej uciec. Musi się jej poddać, w ten sposób dzieląc ból artysty, próbując mu w nim ulżyć, odebrać od niego troszkę tego przytłoczenia. Skeleton Tree w założeniu zapewne miało przynieść Nickowi grecką katharsis, oczyszczenie ciała i odnowę ducha. Czy rzeczywiście tak się stało? Trudno powiedzieć. To co jednak jest gwarantem to to, że trudno oprzeć się niecodziennemu pięknu, które bije od Skeleton Tree. I choć owe piękno ma niezwykle smutne przybranie, słuchacz i tak podąża za jego wizerunkiem. Bo nie może znaleźć chociażby posmaku czegoś zbliżonego na kształt jego brzmienia.
And if you want to bleed, just bleed

5. Academia da Berlinda – Nada Sem Ela

Nada Sem Ela (Nic bez niej)  – w ten sposób wita się z nami brazylijski zespół stworzony przez 7 przyjaciół z lat dziecięcych. Co znajdziemy na Nada Sem Ela? Ukłon w kierunku afro-karaibskich dżwięków oraz wpływu rodzimych stron artystów – tropikalnego stanu Pernambuco w północno-wschodniej części Brazylii (tzw. Nordeste). Muzyka Academia da Berlinda przepełniona jest ognistą pasją porywającą swego odbiorcę do tańca. Niemożliwym jest słuchanie tego albumu bez chociażby mimowolnego wystukiwania rytmu stopą. Za tymi dźwiękami (szczególnie polski) słuchacz musi pójść na całość. Zapomnieć o ponurych urokach braku słońca w naszej szerokości geograficznej i próbować wkręcić się w zachęcające i nieprzyjmujące odmowy tropikalne pulsy Nada Sem Ela. Autorzy postarali się by nie zabrakło tam odniesień do przeróżnych, folklorystycznych stylów muzycznych Brazylii. Mamy tu zatem frevo, coco, maracatu, cavalo marinho, ciranda, forró, cumbia, afrobeat czy carimbó. Szczególnie tanecznym kawałkiem jest zamykający całość Carro do Gás czyli Samochód na Gaz. Oferuje nam prędką przejażdżkę w kierunku samby. Warto również zwrócić uwagę na niebanalny tekst utworu, w którym podmiot liryczny wyznaje, że jutro uda się w podróż do dzisiaj (amanhã vou lá hoje). Właśnie owym samochodem na gaz. Nie wiem jak wy, ale sama zamierzam wybrać się w tą podróż. Bardzo przemawia również do mnie tytuł Manteiga no Pão czyli po prostu Masło na chleb. Posługując się metaforą masła rozsmarowanego na chlebie, autor wyjaśnia istotę wsunięcia własnej dłoni w dłoń ukochanej. Widać subtelność Brazylijczyków nie zna ograniczeń.
Być może polskim odbiorcom ten album wyda się zbyt egzotyczny – obcy język, kultura, muzyka, rytmy jakieś nie te. Z czasem jednak, po przełamaniu pierwszych lodów egzotycznej granicy, powinien zostać jego najdroższym kompanem, ilekroć tylko ten zatęskni za nieobecnym słońcem.

+ Nikt jeszcze nie skomentował - może Ty zaczniesz?

Dodaj własny